Lądem z Delhi do Nepalu przez Gorakhpur
…to jest kontynuacja poprzedniego wpisu na temat Nepalu ….
Pierwszym etapem wyjazdu do Nepalu był przelot w Warszawy do Delhi przez Monachium. Stamtąd zaplanowałem podróż do Kathmandu lądem, chociaż są połączenia lotnicze. Chciałem zobaczyć Indie, a także odbyć podróż pociągiem, o której już wcześniej nieco słyszałem.
Zaraz po wylądowaniu kupiłem bilet. Niestety bilety na ekspres Vaishali nie były już dostępne, więc musiałem skorzystać z innego ekspresu (Shaheed Exp odjeżdżający o 21:15). Zdecydowałem się na „Sleeper Class”, czyli coś w rodzaju naszego sypialnego.
Po załatwieniu biletu udałem się na zwiedzanie miasta. Pierwsze, z czym musiałem się zmagać, to upierdliwi kierowcy taksówek oferujący swoje usługi. Jeden z nich zaoferował mi przejazd do centrum miasta za 450 rupii, a kiedy go wyśmiałem tak długo za mną chodził aż po zejściu na 150 rupii zdecydowałem się, że skorzystam z jego usług. Ostatecznie okazało się, że był to tylko naganiacz i jechałem z kim innym. Gwoździem programu było to, że po kilku minutach jazdy „zaoferowano” mi włączenie klimatyzacji za dodatkowe 100 rupii. Nie muszę chyba dodawać jak bardzo było upalnie.
Pierwszy przejazd ulicami Delhi skojarzył mi się z wycieczką do dżungli. Wszyscy na siebie bez przerwy trąbią, nikt nie respektuje podziału na pasy ruchu i generalnie panuje jeden wielki chaos. Chociaż słyszałem już o tym wcześniej, zawsze to nie to samo co zobaczyć samemu. W sumie porównanie z dżunglą jest pewnie nie na miejscu, ponieważ w dżungli istnieje jakiś porządek. W Indiach na ulicach go nie zauważyłem.
Po dojechaniu do centrum taksówkarz powiedział, że podwiezie mnie do punktu informacji turystycznej, w której dostanę za darmo mapę miasta i otrzymam kilka użytecznych informacji. Oczywiście okazało się to kolejnym podstępem, bo informacja turystyczna była zwykłym biurem turystycznym, w którym bez przerwy podkreślano, że nie mam jechać do Nepalu, bo tam wojna i że maja dla mnie „specjalną” ofertę na zwiedzanie taksówką Delhi za „jedyne” 3500 rupii. Oczywiście taksówkarz, który mnie przywiózł nadal czekał, więc całość była zaaranżowana. Ku wielkiemu zmartwieniu naciągaczy nie udało im się mnie zakręcić i w „nagrodę” powiedzieli, że żadnej mapy nie dadzą. Chwilę po wyjściu z „informacji turystycznej” ktoś mnie zapytał na ulicy czy mi nie pomóc, ponieważ widział, że się za czymś rozglądam. Powiedział, że obok jest „informacja turystyczna”, w której dostanę za darmo mapę. Był to inny lokal i postanowiłem, że jeszcze raz spróbuję. Oczywiście ta sama sytuacja i nawet w bardziej chamski sposób okłamano mnie mówiąc coś o mapie miasta. Morał z tego jest taki, że ktokolwiek w Indiach mi oferował pomoc, to czegoś chciał. Jeżeli ktoś z was się tam wybiera, to dobra jest następująca zasada: z definicji lepiej nikomu nie wierzyć (a już na pewno nie osobom, które same nas zaczepiają) i podane informacje sprawdzać (np. spytać kogoś innego i wyciągać wnioski). Każdy turysta jest dla nich niczym dojna krowa, z której trzeba jak najwięcej wyciągnąć.
Po wszystkich przygodach z ”niezwykle pomocnymi” punktami informacji postanowiłem zrezygnować z wszelkiej pomocy i rozejrzeć się samemu. Jedynymi ciekawymi obiektami, które mi się udało tego dnia zobaczyć była świątynia hinduska i stojąca obok świątynia buddyjska. Obie niezbyt stare. Poniżej trzy zdjęcia: jedno świątyni hinduskiej LAKSHMI NARAYAN, a dwa pozostałe świątyni buddyjskiej i jej wnętrza.
Jak nie trudno zauważyć głównym jej elementem jest swastyka, która w hinduizmie i buddyzmie ma pozytywne znaczenie (wielu ludzi, z którymi rozmawiałem nie wiedziało nawet, że to był znak hitlerowców). Znaki takie widuje się nie tylko na świątyniach, lecz także na domach i szkołach. Najbardziej zaskakujące dla mnie było zestawienie żydowskiej gwiazdy Dawida i swastyki. Taką kombinację widziałem w jednym z hotelików górskich na zasłonie zastępującej drzwi. Był tam napis „Welcome” otoczony swastykami, a na samym środku dużej zasłony gwiazda Dawida.
Zwiedzanie Delhi nie trwało zbyt długo z powodu strasznego upału, plecaka, który miałem na sobie i jednego zajścia na ulicy, które wskazywało, że będąc sam jestem dobrym obiektem do napadu rabunkowego.
Dużą część czasu, jaki miałem do wieczornego odjazdu pociągu spędziłem w poczekalni dworca Old Delhi Railway Station. Dworzec przypominał mi nieco stare czasy Dworca Wschodniego w Warszawie, ale bardziej ekstremalnie. Poniżej zdjęcie.
Zanim znalazłem się w pociągu do Gorakhpur, zdążyłem jeszcze pomylić pociągi, co było spowodowane mylnymi informacjami, jakie otrzymałem. Na szczęście po przejechaniu jednej stacji w przeciwnym kierunku udało mi się złapać właściwy pociąg. Poniżej dwa zdjęcia oddające niepowtarzalną atmosferę indyjskiej wersji ‘Sleeper Class’. Niestety nawet najlepsze zdjęcie nie odda tego klimatu.
Pociąg tej klasy nie posiada typowego podziału na przedziały. Miejsca leżące są zarówno w przejściu (widoczne na pierwszym zdjęciu), jak i w boksach. Okna są zakratowane i generalnie jest bardzo „klimatycznie”. Aby ułatwić życie ewentualnym turystom, istnieją dwie wersje toalety: wersja którą nazwałbym „narciarską” (jak ktoś kiedyś bywał na wschodzie, to wie o czy mówię. Podobne toalety widziałem na Krymie. Mówiąc krótko, jest to zwykła dziura w podłodze) oraz ‘wersja zachodnia’ posiadająca normalny klozet. Ponieważ wersja w ‘stylu zachodnim‘ (nazwy sam nie wymyśliłem, tylko taka informacja była na wejściu do WC) była jeszcze bardziej brudna niż lokalna, wolałem z niej nie korzystać.
Po siedemnastu godzinach jazdy pociągiem w końcu dotarłem do gorącego Gorakhpur.
Stamtąd już tylko dwie godziny Jeep’em do Sonauli (niedaleko granicy i nepalskiego miasta Bhairawa). Autobus jedzie podobno cztery godziny, a Jeep miał być szybszy. Tak doradziło mi dwóch studentów z Izraela, których spotkałem w pociągu. Miało być szybciej, ale jak to zwykle bywa było pewne „ale”. Właściciel pojazdu krążył dwie godziny naokoło dworca, aby mieć komplet pasażerów. Komplet polegał na tym, że w środku pojazdu na siedzeniu przeznaczonym dla dwóch osób siedziały trzy ledwo się mieszcząc. Pomocnik kierowcy jechał przy otwartych drzwiach tylnych.
Wraz z nowymi kompanami podróży dotarliśmy około godziny 18 do przejścia granicznego, na którym po załatwieniu wizy udało nam się załapać na nocny autobus do Kathmandu. O ile dzienny autobus jedzie zwykle około 9 godzin, to nocny aż 12 (z jedną dłuższą przerwą na jedzenie). Plusem było to, że nie był zatłoczony.
I takim oto sposobem, po wylocie z Warszawy w poniedziałek po południu, w czwartek rano udało mi się dotrzeć do stolicy Nepalu – Kathmandu (zdjęcie poniżej).
Pierwsze wrażenie nie było zbyt dobre, dlatego że Kathmandu jest jedną z najbardziej zanieczyszczonych miast na świecie. Leży w dolinie i w ciągu dnia panuje tu smog i unosi się kurz (w wielu miejscach jest ubita droga i brak chodników). Wielu ludzi ratuje się opaskami na twarzy.
W czasie gdy nasz autobus dotarł do przedmieść miasta był już niezły korek, dlatego po spędzeniu 30 minut w autobusie zdecydowałem się go opuścić i spróbować przejść pieszo (przynajmniej przez zakorkowaną część) udając się do Thamel.
Reasumując całą trasę z Delhi do Kathmandu, myślę że warto było to zobaczyć i przeżyć (to właśnie mnie najbardziej interesuje: zobaczyć jak żyją inni). Gdybym miał decydować ponownie, wybrałbym tę samą opcję, choć przyznam się że na powrotną drogę z Kathmandu do Delhi wybrałem połączenie lotnicze. Trasę pociągiem polecam przede wszystkim amatorom przygód i taniego podróżowania (bilet do Gorakhpur kosztował niecałe 290 rupii, a Jeep o ile pamiętam 100 rupii). Szukający wygód i osoby nie mające zbyt wiele czasu powinny wybrać połączenie lotnicze.
W następnym wpisie napiszę nieco o Kathmandu, które pełne jest zabytków.









