Azja, Podróże → Trasa do świętych jezior Gosainkund
Dużo ostatnio było wpisów czysto technicznych, a że długie jesienne wieczory sprzyjają wspomnieniom, dlatego ponownie parę słów o moim ostatnim wyjeździe do Nepalu.
Był już opis drogi z Indii, były wrażenia z Kathmandu, więc czas na krótki opis wypadu w Himalaje. Dla osób regularnie odwiedzających wysokie góry opisana trasa to żadna atrakcja, ale dla kogoś kto chce nieco spróbować smaku najwyższych gór świata jest bardzo dobra. Oprócz dobrej kondycji nie ma żadnych dodatkowych wymagań. Trasa trwa około 6 dni (wszystko zależy od tego jak bardzo chcemy się forsować) i przechodzi się przez przełęcz górską Laurebina La na wysokości 4610 metrów. Główną atrakcją (oprócz widoków) są święte jeziora Gosainkund, do których raz do roku wybierają się wyznawcy Sziwy. Sziwa jest jednym z Bogów z wielkiej trójcy (obok Wisznu i Bharmy). Jego wyznawcy znani są z tego, że nie stronią od palenia marihuany, o czym za chwilę.
Dzień pierwszy
Trasę możemy rozpocząć w Dhunche lub w Sundarijal. Wadą trasy z Dhunche jest to, że organizm nie ma czasu na aklimatyzację i jej brak czasami kończy się tak, że osoby wybierające tę drogę zawracają. Ból i zawroty głowy dają się zbyt mocno we znaki. Zdecydowałem się na podejście od strony Sundarijal. Nocując w Kathmandu można tam dojechać taksówką za około 700 rupii (około 10$) lub autobusem za około 70 rupii (w czasie mojego pobytu – 1$). Taksówki na całym świecie są takie same, więc wybrałem autobus.
W Sundarijal zaczyna się niezłe podejście w górę aż do Chisapani, gdzie warto zaplanować pierwszy nocleg. Wchodząc z plecakiem (w moim przypadku nieźle przeładowanym) można się zmęczyć. Szczególnie, że kiedy wchodziłem to słońce nieźle przypiekało (jak na złość, bo później pogoda już nie była taka dobra). Pierwsza część drogi prowadzi przez wioskę do góry i w pewnym momencie trzeba zapłacić 250 rupii za wejście na teren parku (Shivapuri Watershed and Wildlive Reserve). Zaraz przed wejściem spotkałem dwóch studentów turystyki, którzy prowadzili pomiar trasy turystycznej (GPS-em). Postanowiłem się do nich przyłączyć, bo wybieraliśmy się tą sama drogą. Wydawało mi się, że fakt, że ich spotkałem, to dobre zrządzenie losu. Jak się później okazało nie do końca tak było. Nie dość, że spowalniali marsz poprzez kilka przerw, które potrzebowali na przeprowadzenie wywiadów, to jeszcze wydało się, że to ich pierwsza wycieczka w góry. Jeden z nich wybrał się w sandałach i mówiąc krótko nie było to najwygodniejsze obuwie na kamienistą drogę. Dodatkowa atrakcją była silna ulewa, która dorwała nas w drugiej połowie dnia. Ciągłe opóźnianie marszu spowodowało, że dotarliśmy do wioski dosłownie na kilka minut przed zmrokiem (około siódmej wieczorem).
Dzień drugi
Kolejnego dnia postanowiłem pokonać trasę z Chisapani do Kutumsang (2470). Pech chciał, że grupa turystów z Austrii, do której chciałem się podpiąć, wyszła około godzinę przede mną (tego się nie spodziewałem) i pozostało mi próbować ich dogonić. Generalnie nie zaleca się chodzenia samemu w górach, ale na tym odcinku mogłem zaryzykować. Tym bardziej, że po drodze były wioski. W pierwszej, do której dotarłem zatrzymałem się niespodziewanie długo. Wszystko za sprawą miejscowego hinduskiego guru, którego spotkałem po drodze. Zaczęło się od tego, że udzielił mi błogosławieństwa (tak chyba można to nazwać) naznaczając mi głowę w sposób jak to czynią Hindusi. Pozdrawiał tak każdego przechodzącego. Zaprosił mnie też do siebie na herbatę i trochę suszonych owoców. Rozmawialiśmy bardzo długo, bo znał angielski i mówił dość ciekawe rzeczy. Pokazał mi też figurkę w swoim ogrodzie, która według niego miała przynajmniej 500 lat. Było to obok jego świątyni (tak określił to miejsce). Faktem jest, że mapka którą miałem wskazywała na świątynię (Pati Bhanjyang) . Mnie najbardziej zaintrygowała marihuana (ganja) rosnąca beztrosko w pobliżu świątyni. Tłumaczył mi, że po jej zażyciu można latać. Kwestię rosnącej swobodnie marihuany omawiałem później z kilkoma osobami w Nepalu i dowiedziałem się, że wyznawcy Sziwy nie stronią od tego typu używek. Podobno policja toleruje niewielkie ilości tego zielska w ogródkach przywódców religijnych (guru). Na pierwszy rzut oka może to szokować, ale jak się pomyśli o tym, że i w tak wysoce cywilizowanym Państwie jak Polska osoby duchowne mają szczególny status (zapewniony przez konkordat), to nie należy się dziwić. Co kraj to obyczaj.
Po pożegnaniu się z guru poszedłem dalej w stronę miejscowości, do której zmierzałem. Droga nie była łatwa i ze względu na dodatkowe opróżnienie tym razem nie chciałem ryzykować dojścia po zmroku. Tym bardziej, że okolicy nie znałem. Dotarłem na wysokość 2400 metrów, gdzie znajdowało się coś w rodzaju małego schroniska. Chatki pilnowała miejscowa dziewczyna (Sherpa), ponieważ jej wujek będący właścicielem opuścił ją na kilka dni. Warunki były bardziej spartańskie niż poprzedniej nocy, ale było to uwzględnione w cenie. Tylko 100 rupii za nocleg (w Chisapani było to 300 rupii).
W chacie znajdowało się łóżko i palenisko, a na zewnątrz „łazienka”. Widać ja na poniższym zdjęciu. Służyła za prysznic i umywalkę. Polecam poranną kąpiel z widokiem na góry.
Dzień trzeci
Nauczony doświadczeniem poprzednich dni zapakowałem plecak dość wcześnie rano i czym prędzej udałem się w stronę Kutumsang, do którego miałem dotrzeć dzień wcześniej. Nadal miałem ambicję dogonić grupę, która w odróżnieniu ode mnie szła bez plecaków (mieli tragarzy). Już pierwsza połowa dnia wskazywała na to, że mi się nie uda. Ze względu na brak oznaczeń, na jednym z rozstajów skręciłem w niewłaściwą drogę, która mimo że zgodnie z kompasem prowadziła w dobrym kierunku, to jednak po chwili odbijała nieco w bok. Zszedłem w jakiś jar, gdzie w środku gąszczy (dróżka się bardzo zawęziła) spotkałem dwóch miejscowych noszących za pasami długie noże. Ostrze takiego noża ma około 20 centymetrów. Sposób wykończenia był charakterystyczny dla ludzi Sherpa zamieszkujących ten teren. Wiedziałem, że noszenie noży nie jest tu niczym nadzwyczajnym, więc nie było powodu do zmartwień. Poprosiłem o wskazanie drogi i jeden z nich pokazał mi ją idąc znaczny odcinek drogi razem ze mną. Wiodła ona przez gęsty las i wieczorem miałem po tej drodze dość nieciekawą pamiątkę. W czasie przedzierania się przez gąszcz z drzew spadały brązowe pijawki. Była ich cała masa. Wydawało mi się, że wszystkie odgarnąłem, ale wieczorem znalazłem pokaźny strup na nodze. Była to pamiątka po pijawce, która dostała się pod spodnie. Napiła się do syta i odpadła. O tych pijawkach spadających z drzew słyszałem wcześniej od kolegi, który odwiedził Nepal kilka lat wcześniej.
Droga przez las była trudna, bo szła stromo w górę (około 45 stopni) na wzgórze, z którego boku wcześniej zszedłem. W końcu podejścia miejscowy coś zamruczał (nie mówił po angielsku) i dał mi do zrozumienia, że zaraz znajdę się na właściwej drodze. Po udzieleniu mi tej wskazówki oddalił się. Kiedy wszedłem kilkanaście metrów w górę faktycznie znalazłem leśną dróżkę. Po chwili nawet zauważyłem jakiś miejscowych z koszami, ale jak mnie tylko zobaczyli to uciekli. Może nie mieli noży i czuli się mniej bezpiecznie. Nie wiem. Najciekawsze było to, że droga, na której się znalazłem nie była właściwa. Na szczęście tym razem zorientowałem się o tym dość szybko. Po przejściu maksymalnie 400 metrów wiedziałem, że jeszcze powinienem podejść do góry, aby odnaleźć drogę do Kutumsang.
Takim oto sposobem dotarłem do wioski. Zadowolony, że nie zdecydowałem się na pokonanie tego odcinka poprzedniego dnia. Najpewniej musiałbym nocować w lesie, co nie było by zbyt rozsądne.
W Kutumsang wykupiłem wstęp w rejon Langtang (Langtang National Park). Cena za wstęp wynosiła 1500 rupii.
Odpoczywając zdecydowałem się na opłacenie przewodnika, bo szansa dogonienia grupy z Austrii zmalała do zera. Poczynając od Kutumsang nie ma już po drodze wiosek, a jedynie lokalne schroniska, więc uznałem za ryzykowne wybranie się tam samemu. Żadna grupa od strony Sundarijal nie nadchodziła, a ta którą miałem dogonić była daleko ode mnie. W cenie przewodnika była funkcja tragarza, co zwalniało mnie z dźwigania ciężkiego plecaka (trochę był za ciężki jak na taką wyprawę, ale musiałem nosić ze sobą wszystko, co miałem na wyjazd do Indii i Nepalu). Dodatkowym plusem było to, że mogłem skoncentrować się na robieniu zdjęć i podziwianiu okolicy. Poniżej zdjęcie przy stupie w Kutumsang.
Dzień czwarty
Przenocowaliśmy w Mangengoth, w chacie którą polecił mi przewodnik. Wszystkie te chatki wyglądają bardzo podobnie. Jest izba z piecykiem i są pokoje dla gości. Pokoje nie są ogrzewane, więc w nocy może się zrobić nieco zimno. Tym bardziej na wysokości 3220 metrów. Rano widoczne były ślady po gradzie, który spadł wieczorem. Jeżeli jest słońce, to jest w miarę ciepło, ale każdy drobny deszczyk na takiej wysokości niesie ze sobą przejmujący chłód.
W ciągu czwartego dnia pokonaliśmy odcinek z Mangengoth do Phedi. Zupełnie inaczej niż polecał to przewodnik, który przywiozłem z Polski.
Dzień Piąty
Wyruszając z Phedi czekał mnie najbardziej ciekawy odcinek trasy. Było to przejście przez przełęcz wysokogórską Laubrina La. Początek drogi był obiecujący. Świeciło słońce i widoczność była bardzo dobra. Nie było to takie oczywiste, ponieważ w czasie mojego pobytu w górach pogoda nie dopisywała. Niemalże każdego dnia schemat był podobny: rano ładna pogoda, około południa zachmurzenie, a wieczorem mocny deszcz i grad. Podobno najlepszy jest październik i listopad.
Z okolicą miejsca mojego noclegu związane są dwa nieciekawe zdarzenia. Zacznę od tego mniej tragicznego. W roku 1992 dwóch turystów wybrało się, aby przejść przez przełęcz do jezior Gosainkund. Nie znali się wcześniej. Połączyła ich wspólna droga. W jej połowie jeden z nich – student z Australii – postanowił zawrócić, bo jego zdaniem pogoda nie była dobra na pokonanie tego odcinka trasy. W ten sposób doszło do rozłączenia. Wracający student zgubił drogę i zszedł w niezamieszkałą dolinę. Z tego, co opowiadał mi przewodnik było to zimą. Po dotarciu do jakieś pustej chaty zdecydował się czekać na pomoc. W ten sposób spędził w dziczy 43 dni i niemalże umarł. Pomogła mu jego siostra, która zaniepokojona brakiem informacji przyleciała do Nepalu i zorganizowała poszukiwania. Pozostawał w chacie licząc pewnie na to, że zainteresuje się nim były kompan podróży i że w najbliższej miejscowości zostawi wiadomość, że się rozłączyli.
Druga historia, bardziej tragiczna, związana jest z katastrofą lotniczą. W 1992 w rejonie Laurebina La rozbił się samolot pasażerski. Na pamiątkę tego zdarzenia postawiono małą stupę i na przy trasie górskiej umieszczono kawałek rozbitego samolotu (prawdziwe miejsce katastrofy jest znacznie oddalone od trasy). Poniżej zdjęcie.
Zanim się przejdzie przez przełęcz, to jest po drodze obóz wysokogórski. Można się tam zakwaterować (warunki bardzo spartańskie) i zdobyć leżące obok pięciotysięczniki. Nie miałem na to czasu, ani nie było to w planie mojej podróży.
Po przejściu przez przełęcz ukazał mi się bardzo ładny widok jeziora górskiego. Coś w rodzaju naszych jezior w Tatrach.
To nad tym jeziorkiem znajduje się mała świątynia i odbywają się festiwale Sziwy. Jest też kilka hotelików. Ten, w którym się zatrzymałem aby odpocząć, miał bardzo ciekawą zasłonę nad drzwiami. Było na niej napisane „Welcome” i obok napisu były dwie swastyki. Na samym środku zasłony znajdowała się duża gwiazda Dawida. Dość szokująca kombinacja, ale osoby znające nieco kulturę wschodu wiedzą, że znaczenie tych znaków jest zupełnie inne i nie są kojarzone z drugą wojną światową (zobaczcie mój wpis na temat Delhi i swastyki w świątyni). Znaki Dawida widywałem często na budynkach szkół.
Pomimo podejścia z tej teoretycznie „lepszej” strony (od Sundarijal) lekkie objawy choroby wysokościowej dawały mi się we znaki. Jakieś lekkie zawroty i dziwna słabość. Miejscowi polecają na to czosnek (np. surowy ząbek czosnku między wargę i zęby). Po zjedzeniu zupy czosnkowej faktycznie było mi lepiej. Zła pogoda zachęcała do pozostania w hotelu (padał grad), ale razem z przewodnikiem zdecydowaliśmy się pójść dalej.
Dzień Szósty
Ostatni nocleg w wysokich górach spędziłem w hotelu Laubrina (3901 m n.p.m.). Widok, jaki jest z tego hotelu na pasmo Langtang jest przepiękny. Pogoda była ładna i aż żal było schodzić z gór.
Tego dnia pożegnałem się z przewodnikiem i zdecydowałem, że sam zejdę do Dhunche. Jest to jak najbardziej wykonalne, choć przyznam, że miałem pokusę aby zostać na noc w kolejnej wiosce – Shin Gompa (słowo ‘gompa‘ oznacza ‘klasztor‘). W wiosce tej znajduje się stara świątynia buddyjska i fabryka sera (w okolicy hodowane są Jaki. Widziałem pokaźną ich grupę). Na zdjęciu poniżej stupa w Shin Gompa.
Warto zwrócić uwagę na fakt, że po przejściu przełęczy wchodzi się na teren Tamang. Ludność Sherpa zamieszkuje teren po drugiej stronie. Obie grupy są pochodzenia tybetańskiego. Ich język znacznie różni się od języka używanego w Kathmandu. Język w Kathmandu zbliżony jest do języków używanych w Indiach. Pozdrawiamy się mówiąc ‘Namaste‘. Będąc wśród Sherpa lub Tamang pozdrawiamy się inaczej (fonetycznie coś w rodzaju „ta szi de le”).
Po przejściu wioski jest bardzo strome zejście w dół. Po drodze mija się obóz wojskowy i nowo budowany hotelik górski (być może jak odwiedzicie Nepal to hotelik będzie gotowy).Przy posterunku wojskowym sprawdzono czy mam przepustkę (bilecik kupiony w Kutumsang).
Ostatnim etapem jest Dhunche. Jest to dość duża wioska i miejsce z którego można wracać autobusem. Mimo iż na mapie wydaje się, że Kathmandu nie jest daleko, to podróż trwała 8 godzin. Wrażenia są niezapomniane. Już sam widok autobusu robił wrażenie.
Duża część trasy wiedzie górską drogą (oczywiście nie asfaltową tylko piaszczystą) na której ledwo się mieści jeden pojazd. Dlatego najlepsze są mijanki. Szczególnie jak się siedzi przy oknie, z boku widać strome zbocze, a autobus prawie wyjeżdża za drogę (aby zrobić miejsce nadjeżdżającemu). Nie polecam wrażliwym osobom. Ciekawe jest to, że w czasie jazdy dużo osób podróżuje na dachu autobusu (widać to na poprzednim zdjęciu).
Tak jak już wspomniałem na początku, trasa na Gosainkund nie jest wielkim wyzwaniem (poza kondycją), dlatego polecam wszystkim, którzy chcieliby pochodzić w Himalajach, a nie mają zbyt wiele czasu. Sam wybrałem tę trasę ze względu na to że nie jest długa i jest blisko Kathmandu. Jeżeli ktoś woli dłuższe trasy, to lepiej wybrać się z Pokhary. Są tam trasy trwająceponad 20 dni.
Na koniec jeszcze mała uwaga na temat maoistów. Jeszcze kilka lat temu pobierali oni „dowolne” opłaty od turystów. Podobno tych z Polski traktowali ulgowo (mniejsza cena). W czasie mojego pobytu nic takiego nie miało miejsca. Z tego co się dowiedziałem, to wynika to stąd, że maoiści zaczeli współrządzić krajem. Dlatego partyzantka zniknęła z gór. Na wielu hotelikach widziałem flagi i plakaty z sierpem i młotem, ale samych partyzantów już nie było.








