Azja, Podróże → Zwiedzanie Ladakh
W poprzednim wpisie opisałem drogę do Leh, które jest stolicą Ladakh. W tym mógłbym się skoncentrować na samym Leh, chociaż pomyślałem że lepiej rozszerzyć temat i opisać Ladakh. Wiele ogólnych informacji już podałem. Do Leh, które leży na wysokości około 3500 metrów n.p.m., dotarliśmy mając za sobą drogę przez wysokie przełęcze. Dlatego organizm mógł się lepiej zaaklimatyzować niż gdybyśmy wybrali drogę lotniczą. Pierwsze wrażenie miasta było bardzo pozytywne. Przede wszystkim jest ono otoczone górami i mamy tu piękne widoki na ośnieżone szczyty. Nad miastem wznosi się pałac, z którego widać całe miasto.
Zabytki które tu znajdziemy związane są z buddyzmem, ale nie tylko. Patrząc w stronę pałacu z centrum miasta, trochę niżej zobaczymy nieco nietypowy budynek dla tej okolicy. Jest to meczet. Nawoływania muezina słychać było już o piątej nad ranem (mieszkaliśmy blisko tego meczetu). Przyznam się, że obecność wyznawców islamu w takim miejscu była dla mnie małym zaskoczeniem. Generalnie region Jammu & Kashmir jest muzułmański, ale część Ladakh wyraźnie buddyjska (stąd głosy o wydzieleniu tej części od regionu i nadaniu jej autonomii). Osoby, których nie interesuje chodzenie po górach, z pewnością nie będą się tu nudziły. Te które lubią góry, a niekoniecznie porywają się na chodzenie na własną rękę mają do dyspozycji biura zajmujące się organizacją trekkingu. Z ciekawości zapytałem o cenę i powiedziano mi że standardowo cena wynosi 45 EURO za dzień, ale w okresie w którym byłem (poza szczytem) cena jest niższa (35).
Wyjątkowe położenie Leh i odcięcie się od takich środków łączności jak telefon komórkowy pozwoliło nam się wyciszyć i poczuć się jak na prawdziwym urlopie. No właśnie. Dlaczego wspominam tu o telefonie komórkowym. Otóż osoby wybierające się w rejon Jammu & Kashmir muszą wiedzieć, że jest to specjalna strefa militarna. Widać to po licznej obecności wojska. Po drodze z Manali były kontrole wojska i policji. Dojeżdżając do Leh widać było bazy wojskowe i dość ciekawe napisy w następującym stylu : ‘Success!’, ‘Win!’, ‘Never surrender!’, ‘Beijing, Lhasa. We will be there!’. Szczególnie ten ostatni mi utkwił w pamięci, bo jest nieco prowokacyjny w stosunku do sąsiadujących z Indiami Chin (kiedyś Chińczycy spłatali Indiom psikusa i niespodziewanie zajęli część terytorium, po takim upokorzeniu sąsiada równie niespodziewanie się wycofali). Poza żołnierzami, którzy de facto nikomu nie przeszkadzają, w związku ze statusem regionu jako specjalnej strefy mamy też pewną niedogodność w zakresie komunikacji. Otóż nie działają tu żadne telefony komórkowe które nie są zarejestrowane na miejscu. Nawet Hindus przyjeżdżający z Delhi nie skorzysta ze swojej komórki. Warto o tym wiedzieć (choć przepisy w zakresie komórek mogą się zmieniać, być może zakaz który nas spotkał był tymczasowy).
Ladakh – kraina stup i klasztorów
Zabytków w Ladakh jest bardzo wiele i nie chcę tu wymieniać żadnej listy. Wolę przedstawić dwa, trzy aby pokazać czego w Ladakh możemy się spodziewać.
W czasie swojego pobytu pierwszym ciekawszym klasztorem, który udało nam się zwiedzić był klasztor w Lamayuru. Tych, którzy wiedzą już coś o buddyzmie zainteresować może to, że z miejscem tym związany jest Naropa. Był on głównym nauczycielem Marpy, który jest założycielem szkoły buddyzmu tybetańskiego Kagyu. Marpa z kolei był nauczycielem najsłynniejszego tybetańskiego jogina – Milarepy (jeżeli ktoś jeszcze nie widział, to polecam film „Milarepa”, który opowiada o tej ciekawej postaci historycznej. Zainteresowany historią przywiozłem sobie z Indii książkę o jego życiu). Legenda mówi, że w 11 wieku Naropa przybył w okolice Lamayuru i przez lata medytował w jednej z jaskiń. Lamayuru gompa (czyli klasztor) obecnie zamieszkuje niewielu mnichów, ale kiedyś było tu ich znacznie więcej (aż do 400).
Klasztor położony jest u góry w pobliżu starej drogi, którą przyjechaliśmy po ponad pięciu godzinach jazdy autobusem od Leh (z postojami w Nimu i Khalsi, nowa droga do Lamayuru jest w budowie). Droga ta pozostawiła niezapomniane wrażenia. Szczególnie w momentach gdy jadąc serpentynami na skraju stromego zbocza podrzucało autobusem do góry, na co miejscowi reagowali śmiechem (ci którzy czytali mój wpis o Chinach nie będą się dziwili takiej reakcji).
Lamayuru gompa to jeden z najpiękniej położonych klasztorów. Ale nie tylko klasztor tu zachwyca. Obok (przy nowej drodze) znajdują się bardzo ciekawe kolorystycznie skały.
W Lamayuru zaczął się nasz trekking. W czasie drogi widzieliśmy kilka ciekawych miejsc, ale o tym przy innej okazji. Po zakończeniu trekkingu udaliśmy się do Saspol Gompa i Alchi Gompa. Leżą one mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Lamayuru i Leh. Z Saspol do Alchi doszliśmy na pieszo (7km), bo komunikacja tam bardzo rzadko kursuje. Niestety Alchi Gompa, które jest jednym z najstarszych kompleksów buddyjskich można zwiedzać, ale nie można tam robić zdjęć ani filmów. Niby napis mówi ‘No flash’, ale osoba pilnująca porządku za nic nie chciała zgodzić się na filmowanie. Jak byłem w Chinach, to była to dość powszechna praktyka, ale w Ladakh bez problemu możemy fotografować i filmować w świątyniach. Dlatego z rejonu Alchi mam tylko kilka fotografii i film z widokiem na okolicę.
W drugą stronę od Leh wybraliśmy się zwiedzić Tiksey Monastery oraz stupy (lub ‘czorteny’ jak kto woli) i klasztor w Shey. Takich stup jest tam około 700 (widać je na pierwszym fragmencie zamieszczonego wcześniej filmu). Wiele z nich bardzo starych. W klasztorze zobaczymy wielki (12 metrowy) posąg buddy Shakyamuni. Największe wrażenie zrobił na nas klasztor Tiksey wybudowany jakieś 600 lat temu. Wrażenie robi widok jego widok od dołu. Wspinając się do góry słyszeliśmy modły mnichów. Dla interesujących się buddyzmem podam, że ten klasztor należy do szkoły żółtych czapek (bo Lamayuru to była to szkoła ‘czerwonych czapek’).
Zwiedzając klasztor mieliśmy szczęście, bo mnisi przygotowywali się do festiwalu buddyjskiego i mogliśmy te przygotowania zobaczyć na żywo. Obejmowały one próby muzyczne, śpiewu i tańca. Niestety termin festiwalu nie pokrywał się z naszym pobytem w rejonie Ladakh. Fragmenty próby uwieczniłem na filmie.
Z miejsc, które planowaliśmy zobaczyć, a do których nie udało nam się dotrzeć najbardziej żałuję klasztoru Hemnis. To tam miał się zakończyć nasz trekking (od Lamayuru do Hemnis). Klasztor ten jest jednym z najbogatszych i najsłynniejszych ośrodków buddyzmu tybetańskiego. Żałuję podwójnie, bo z klasztorem związana jest też inna, mniej buddyjska historia. Będąc dwa lata temu w Nepalu i Indiach zakupiłem książkę o dość prowokacyjnym tytule – „Jesus lived in India” (autorem jest Kersten Holger). Mówiąc w skrócie, książka porusza nieznaną historię Jezusa, a więc okres który jest przemilczany przez ewangelie. Otóż Mikołaj Notowicz, którego sprawozdanie z podróży dało początek spekulacjom na temat pobytu Jezusa w Indiach, swoje sensacje zaczerpnął jakoby z tekstu o proroku Issie. To odkrycie zawdzięczał pobytowi w klasztorze Hemnis i dostępowi do biblioteki mnichów i ich opowieści. No ale to w zasadzie temat poboczny, który podałem dla osób zainteresowanych taką tematyką.
Na koniec umieszczam kolejny fragment zrobionego przeze mnie filmu, który poglądowo pokazuje rejon z wyłączaniem samego Leh (poza sceną, w której dwie kobiety kolejno okręcają młynkami modlitewni. Scena w której widać dwie siedzące panie, z których jedna ma młynek modlitewny pochodzi z klasztoru Lamayuru).


