Azja, Podróże → Indie 2011
Wiele czasu nie minęło od czasu mojego ostatniego pobytu w Indiach, a ja znowu się tam wybrałem. Najwidoczniej hasło Incredible India działa swoją pełną mocą. Jest część tego niesamowitego kraju, która na każdego amatora wypraw górskich działa jak magnes. Są nim Himalaje Indyjskie dające nieporównywalnie więcej możliwości niż nasze góry. I nie chodzi przy tym o wysokość tych gór, ale o swobodę poruszania jaką mamy w Indiach. Sam opis gór zostawię na osobny wpis,a na razie skoncentruję się na krótkim opisie całego wyjazdu.
Głównym naszym celem (moim i mojej współtowarzyszki podróży, której zawdzięczam większość zdjęć jakie się tu pojawią) były Indie Północne , a konkretnie Himachal Pradesh. Jest to ta część Himalajów, w której w odróżnieniu od Ladakh mieszkają hindusi. Jedynym wyjątkiem jest tu rejon Dharamsali, która jest siedzibą tybetańskiego rządu na uchodźstwie.
Do Indii wyjechaliśmy 16 października, a powróciliśmy po trzech tygodniach – 5 listopada. Pora roku dość późna jeżeli chodzi o wypady w góry, ale w naszych indywidualnych planach urlopowych jedyna możliwa.
Wylecieliśmy liniami Aerofłot przez Moskwę do Delhi, gdzie od razu z lotniska udaliśmy się na dworzec kolejowy Sarai Rohilla, skąd o 5:40 rano odchodzi pociąg Himalaya Queen. Ekspres ów dojeżdża do Chandigarh, skąd można się dalej udać do Manali. Nam się udało załapać na autobus o 11:40. Kilka dodatkowych godzin w autobusie, i późnym wieczorem dojechaliśmy do indyjskiego odpowiednika Zakopanego – do Manali. Miejscowość ta szału nie robi, ale też i nie takie były nasze oczekiwania. Manali to dobra stacja przystankowa w drodze do Ladakh i w inne rejony (co ciekawe ze względu na porę roku i mały ruch oferowano nam bilety do Leh za 1000 rupii, podczas gdy normalna ich cena wynosiła 1900 lub 2100 rupii w zależności od typu autobusu). Dla nas Manali było stacją przystankową w drodze do Keylong. Keylong traktowane przez wielu turystów jako stacja noclegowa, zasługuje na większa uwagę. Uroki tej miejscowości doceniliśmy aklimatyzując się w niej do wysokości i zwiedzając okoliczne świątynie buddyjskie (sekta czerwonych czapek).
Dalsza nasza droga wiodła do Udaipur, gdzie rozpoczęliśmy pierwszy trekking.
Niestety względy pogodowe (śnieżyca) nie pozwoliły nam na dokończenie zaplanowanej trasy, co skończyło się ewakuacją w stronę Kaszmiru, aby od tej strony przebić się do Dharamsali. Startując z Kilar najpierw dobiliśmy się (przez góry) do Kishtwaru (czyt. ‘Kisztuaru’), a potem do Jammu. Stamtąd autobusem nocnym do Dharamsali, a w zasadzie do McLeod Ganj które leży nieco wyżej w górach (w Dharamsali na dobrą sprawę nigdy nie byliśmy spędzając cały czas w górach lub w McLeod Ganj). Dopiero ta okolica była na tyle przyjazna, aby spędzić w górach więcej czasu co uwieńczyliśmy wejściem na przełęcz Indrahar (4350m). O tym wejściu będę chciał nieco więcej napisać, aby przybliżyć ten rejon osobom które się chcą wybrać w góry.
Pod koniec wyjazdu powróciliśmy do Delhi, gdzie na zakupach w Pahar Ganj minęły nam ostatnie dwa dni wyjazdu.
Wyjazd i pobyt w górach utwierdził mnie w przekonaniu, że Indie to bardzo dobry wybór na spędzenie urlopu. Potwierdzeniem może być fakt, że jestem już na wstępnym etapie planowania kolejnego wyjazdu i prawdopodobnie Indie znowu wygrają z Ameryką Południową, która wydaje mi się mniej bezpieczna. Celem wyjazdu, który powinien trwać 4 tygodnie będzie zapomniana górska kraina – Zanskar. Zanskar stanowi sporne terytorium między Indiami i Pakistanem i jest zamieszkany przez ludność spokrewnioną z Tybetańczykami. Dzięki słabej infrastrukturze jest to kraina zapomniana i mało ucywilizowana. Położona jest na wysokości od 3500 do 7000 metrów, a więc wyjazd miałby charakter górski. No ale to już temat na osobny wątek.


Listopad 13th, 2011 at 07:57
Nie pomylileś dat?
pozdrawiam i czekam na więcej
Listopad 13th, 2011 at 09:08
miesiąc przy pierwszej. Oczywiście 16 października, a nie listopada
Pozdrawiam