Azja, Podróże → W górach w Himachal Pradesh
W swoim poprzednim wpisie na temat tegorocznego wyjazdu do Indii, wspomniałem przełęcz Indrahar (4350m), która jest najczęściej odwiedzaną przełęczą w okolicach Dharamsali (czy też McLeod Ganj, które stało się bardziej popularne). Zanim do niej dotarliśmy warto wspomnieć krótki epizod związany z próbą przejścia z doliny rzeki Chandra-Bhaga w stronę doliny Chamba (przełęcz Indrahar też dochodzi do tej doliny, ale od południowej strony).
Dolina Chandra-Bhaga
Pierwotny plan jaki przyjęliśmy zakładał marsz doliną Chandra-Bhaga i przejście jedną z przełęczy do doliny Chamba. Możliwości jest kilka ale wszystkie kolejno były odrzucane. Swoją drogę w dolinie rzeki Chandra-Bhaga zaczęliśmy w miejscowości Udaipur, do której dojechaliśmy autobusem z Keylong. Miejscowość Udaipur zdecydowanie szału nie robi, choć według przewodnika znajduje się tam ciekawa (i stara) świątynia hinduska. Oczywiście świątynia jest, ale sam klimat miejscowości jakoś nam do gustu nie przypadł. Szczególnie po zobaczeniu Keylong, które jest malowniczo położone i zasługuje na uwagę. Widok na Keylong i okolicę obrazuje poniższe zdjęcie.
Każdy kto chciałby udać się do Udaipur musi pogodzić się z tym, że jest tam bardzo słaba baza noclegowa. Jedyny czynny hotelik raczej przypominał jakąś ponurą norkę, ale wyboru nie było. No cóż. W końcu Udaipur nie leży (jak Keylong) na szczególnie często uczęszczanej trasie. Jednak nie atrakcje turystyczne i wygodne hotele były tym co nas sprowadziło w ten rejon. To tu rozpoczęliśmy pierwszy treking w dolinie, która zauroczyła nas pięknymi krajobrazami. I nie jest to dolina w stylu Kościeliskiej czy Chochołowskiej, które moim zdaniem nie są szczególnie atrakcyjne (bo mało co w nich widać oprócz lasu).
Idąc wzdłuż rzeki Chandra-Bhaga mamy okazję podziwiać przepiękne widoki gór z pięknie ośnieżonymi szczytami. Przepływająca w dolinie rzeka otoczona jest stromymi zboczami, a tylko w niektórych miejscach na brzegu pojawiają się małe łączki. Strome zbocza stanowiły pierwszy problem, którego wcześniej nie przewidzieliśmy. Mapa Himachal Pradesh (Leomann Maps), którą mieliśmy, pokazywała dość często uczęszczany szlak po lewej stronie rzeki. Ten szklak istniał tylko w niektórych fragmentach, a w wielu był na tyle zniszczony, że próba przechodzenia niektórych jego odcinków graniczyłaby z próbą samobójstwa. Orla Perć (na której są łańcuchy) wydaje się tu dziecinną ścieżką, w porównaniu z niektórymi odcinkami wspomnianego szlaku. Na szczęście niebezpieczne etapy mieliśmy okazję podziwiać tylko z przeciwległej strony doliny, a więc na stronie po której jest droga.
Po przejściu pierwszych kilku kilometrów lewą stroną i zaciągnięciu języka u miejscowych, podjęliśmy decyzję o przeprawieniu się na prawą stronę. Przeprawa była bardzo interesująca, bowiem polegała ona na przejechaniu w wózku zawieszonym na stalowej linie łączącej dwie strony rzeki (most jest w Udaipurze, a następny w okolicy Salgaraon).
Drugiego dnia dotarliśmy do Tindi, skąd można się skierować na przełęcz Drati (4694m npm), jednak miejscowi odradzili nam ten szlak z uwagi na strome zbocza, które prawdopodobnie pokrywał śnieg. Następnie rozważaliśmy trasę przez Marwa (4200 m npm), ale po chwili odradzono nam również tę przełęcz. Pogoda zaczynała się zmieniać i niebo pokrywały coraz gęstsze chmury, dlatego bezpieczniej było iść w stronę Chamba przez przełęcz Sach (4390m), którą przejeżdżają też jeepy (a więc trudno zgubić szlak). Problemem była odległość jaka nas dzieliła od polecanej przełęczy (trzeba dostać się do Kilar oddalonego o niecałe 60km), ale dolina była na tyle piękna, że stwierdziliśmy że warto nią dalej iść. Niestety na drugi dzień i ten plan upadł.
W dolinie Chandra-Bhaga (na wysokości Tindi) bardzo trudno znaleźć miejsce do biwakowania, tak strome są tam zbocza. Nam udało się znaleźć kawałek lasu. Kolejnego dnia widzieliśmy, że pogoda się psuje a kiedy zwijaliśmy namiot zaczęło kropić. Po godzinie padało już dość jednostajnie. Po przejściu kilku kilometrów schroniliśmy się w chacie, w której mieszkało dwóch drwali. Kiedy po godzinie pogoda się nie zmieniła (taka aura utrzymała się do wieczora), postanowiliśmy dotrzeć autobusem do Kilar i tam poczekać na poprawę pogody. W kierunku Kilar jadą w ciągu dnia nie więcej jak 3-4 autobusy. Z tego co wiem, to na pewno jeden jedzie z Manali, a dwa (ranny i popołudniowy) ze strony Keylong.
Choć do Kilar było niecałe 60km, to droga zajęła nam prawie 4 godziny (z jednym 20 minutowym postojem). To daje wyobrażenie o tym, jak trudno jest się w tym terenie poruszać. Wszystkim, których fascynuje roller coaster polecam autobus na tej trasie i miejsce przy oknie. Mamy wówczas widok na 50-100 metrową przepaść (w zależności od odcinka) z bujającego się na boki autobusu. Dodatkową atrakcją kamienistej, wyboistej i pokręconej drogi są mijanki z autobusami, ciężarówkami i jeepami jadącymi z przeciwka. Na szczęście ruch jest mały (w czasie marszu w ciągu godziny przejeżdżały obok nas średnio 2-4 pojazdy).
Kiedy dotarliśmy do Kilar opady deszczu zamieniły się na śnieg z deszczem, a bliżej nocy opady śniegu. A działo się to na wysokości 2540 metrów, więc około 2000 metrów niżej od przełęczy. Dlatego dość szybko przekonano nas, że pchanie się na zaśnieżony szlak nie jest dobrym pomysłem. Nie byliśmy na takie warunki przygotowani. Przełęcz Sach, choć latem całkowicie przejezdna, została zamknięta do kolejnej wiosny. Pozostały nam dwie opcje: Cofnąć się do Manali, lub spróbować przebijać się przez będący w stanie permanentnej wojny domowej Kaszmir. Nikt nie lubi wracać tą samą drogą, a z Kaszmirem to nie jest wcale aż tak źle jak o tym się mówi. Decyzja mogła być tylko jedna: jedziemy przez góry do Kaszmiru, aby stamtąd przedostać się w okolice Dharamsali. Nie jest to droga którą przejedzie autobus, a więc musieliśmy pojechać prywatnym jeepem.
W drodze przez Kaszmir
Z Kilar, w którym zastały nas opady śniegu, prowadzi droga przez góry do Kishtwar’u (czyt. „Kisztuaru”). Ta zapomniana przez turystów miejscowość była tylko naszym miejscem noclegu w drodze do Jammu. Co prawda na mapie pokazane było że są tam zabytki, ale oprócz dwóch meczetów (jeden stary i jeden nowy) nic więcej tam nie zobaczyliśmy. Dla pielgrzymujących muzułmanów jest to o tyle interesujące miejsce, że znajdują się tam szczątki dwóch ważnych świętych.
Kishtwar zamieszkany jest głównie przez muzułmanów, choć okolica jest na skraju dwóch głównych religii stanu Jammu & Kashmir: hinduistycznej – ze stolicą w Jammu i muzułmańskiej – ze stolicą w Srinagarze.
W drodze do Jammu przeczytałem w gazecie, że aresztowano tam dwie osoby podejrzane o zamachy w Delhi. Nam Kishtwar wydał się spokojną mieścinką. To, że wzbudzaliśmy bardzo dużą sensację świadczyło o tym że turyści omijają Kishtwar szerokim łukiem. Zresztą tak jest w tej chwili z całym Kaszmirem, o czym przekonałem się będąc rok wcześniej w Srinagarze, który z punktu widzenia turystyki jest bardzo atrakcyjny, lecz w wyniku napięć na tle etnicznym trochę ryzykowny.
Kolejny dzień drogi do Jammu bardzo nas zmęczył, dlatego ucieszyło nas to że po dojechaniu do Jammu udało nam się dostać na nocny autobus do Dharamsali. Co prawda nie było przerwy w podróży, ale za to szybciej dostaliśmy się do celu.
Treking na przełęcz Indrahar (znanej też jako Laka)
Jak już wspomniałem wcześniej, nie zatrzymaliśmy się w samej Dharamsali, ale w oddalonym o kilka kilometrów McLeod Ganj. Ta położona na wysokości około 1800 metrów mieścinka, pełna białych turystów, jest dobrym punktem wypadowym na przełęcz Indrahar. Wraz ze wzrostem liczby turystów, wzrosła ilość osób wybierających się na wyprawę w góry. Na szczęście tylko do Triund (2975 m n.p.m.). Na trasie od McLoed Ganj lub Dharamkot do Triund spotkamy wielu turystów wędrujących z małym plecaczkiem. Coś na wzór naszej tatrzańskiej turystyki, ale na szczęście nie w tak dużej skali. Osoby te nocują w Triund, skąd jest piękny widok na góry. Można wynająć namiot lub spać pod dachem. Niestety, nawet jak się ma swój namiot, to za biwakowanie na trawie też się płaci. My o tym nie wiedzieliśmy, ale i tak to miejsce nie było w naszych planach. Pierwszego dnia poszliśmy dalej aż do okolic Laka Got (3350 m.n.p.m.). Piszę o „okolicach”, bo jakieś 15 minut drogi przed miejscem zwanym Laka Got jest szałas z herbatą, koło którego można rozbić namiot. Tyle, że tu już nikogo to nie interesuje (brak opłat).
Kolejnego dnia , nie spiesząc się, podeszliśmy dalej w stronę przełęczy dochodząc do miejsca zwanego Lahesh (3500 m.n.p.m.). Jest tam coś, co wiele osób nazywa jaskinią, choć jaskinią nie jest. Utworzone jest w wyniku osuwania się ogromnych głazów. Jedna wielka skała opiera się na innej tworząc idealne schronienie dla pasterzy przemierzających ten szlak wielokrotnie w ciągu roku (o czym świadczą duże ilości świeżych odchodów pozostawionych przez owce i kozy, a rzadziej także przez większe zwierzęta). O noclegu w Lahesh opowiadał nam Hindus, którego poznaliśmy dzień wcześniej. Nocował tam sam i tylko dzikie zwierzęta niepokoiły go w nocy. Kiedy jednak zaświecił latarką wyglądając ze swojego namiotu (udało mu się go w środku rozbić) ujrzał tylko oczy świecące w ciemności. Nie miał ochoty sprawdzać kto jest ich właścicielem.
Od właściciela szałasu i Tybetańczyka mieszkającego w Laka Got (zupełnie na dziko, w szałasie pasterzy) dowiedzieliśmy się o grasujących w okolicy niedźwiedziach (ale w porze deszczowej) i o Cheetah (czyt. ‘czita’). Opowieści o Cheetah, które snuł też właściciel hoteliku w McLeod Ganj wydają mi się mało wiarygodne. Cheetah, to rodzaj Leoparda, którego gatunek został dość skutecznie przetrzebiony przez Brytyjczyków i miejscowych myśliwych. Aby zostać zaatakowanym, trzeba mieć to wyjątkowe szczęście, aby Cheetah zobaczyć i dodatkowo wejść jej w drogę. Co do niedźwiedzi, to jest to bardziej prawdopodobne, aczkolwiek sam Tybetańczyk przyznał, że grupa myśliwych która polowała w tej okolicy wróciła z niczym. Nocując koło Lahesh też mieliśmy nocne „odwiedziny”. Opakowanie od jedzenia pozostawiliśmy pod dwoma dość ciężkimi kamieniami, aby je zabrać przy porannym pakowaniu plecaków. Kiedy spaliśmy opakowanie zniknęło. Prawdopodobne jakieś grasujące w nocy gryzonie (które było słychać gdy chodziły obok namiotu) schowały go do swojej norki. Takich norek widzieliśmy wiele, a w jednej z nich widać było opakowanie po soku. Nocni „goście” nie byli więc dla nas problemem. Dzięki ciepłym śpiworom nie martwiła nas też specjalnie temperatura, która w nocy spadła do minus 5 stopni. O ile normalnie na namiocie widzieliśmy rano skroploną wodę, to tym razem pojawił się lód. Tymczasem z dnia na dzień znowu psuła się pogoda. Pomimo tego, że w ciągu dnia było piękne słońce, w okolicach południa nadciągały chmury (na szczęście były one niżej), które zdecydowanie ograniczały widoczność. Na szczęście zdążyliśmy zobaczyć przełęcz przed pogorszeniem pogody.
Osoby wybierające się w ten rejon, które chcą nocować w Lahesh, powinny na wysokości kaskady małych wodospadów (po prawej stronie) szukać wejścia które jest w odległości 10-15 metrów od ścieżki (po lewej stronie). Podobno część turystów nie potrafi znaleźć tego miejsca. My też szukaliśmy go przez godzinę, ponieważ nie ma żadnej wyraźnie widocznej ścieżki w bok. Generalnie noclegu pod skałą nie polecam, bo jest brudno, ale warto znać to miejsce. Znajdujący się po prawej stronie strumień, to ostatni punkt na trasie w którym pobrać można pitną wodę. Przynajmniej poza porą deszczową.
Trzeciego dnia wyruszyliśmy w dalszą drogę na przełęcz. Nie wydawała się ona daleko, tym nie mniej była w odległości 3-4 godzin żmudnego marszu. Ponieważ zdecydowaliśmy, że pozostały czas i różne plany nie pozwalają nam na przechodzenie na drugą stronę (do doliny Chamba), po godzinie ukryliśmy nasze plecaki w skałach odciążając w ten sposób zmęczone nogi. Czekały na nas do czasu powrotu. Tak czy inaczej nikogo w okolicy nie było. W ciągu trzech dni pobytu poza Laka Got spotkaliśmy tylko dwie grupy turystów. Raz wchodząc na przełęcz spotkaliśmy dwóch Hindusów, którzy wcześniej biwakowali z nami koło szałasu przy Laka Got, a drugi raz biwakując w drodze powrotnej spotkaliśmy dwoje Amerykanów z przewodnikiem i tragarzem. Tak odludne miejsca w górach, są marzeniem każdego kto lubi przyrodę i ciszę.
Droga na przełęcz od Lahesh jest męcząca i trudna. Ale ma jeden plus. Jest ona oznaczona (od czasu do czasu są czerwone strzałki na kamieniach), co w Himalajach Indyjskich jest rzadkością. Kiedy rok temu wchodziłem na przełęcz w Ladakh o wysokości 4905 metrów, to nie było żadnych znaków, ale też nie było tak stromo. Było podejście w trawiasto-kamiennym terenie. Dodatkowo, tamten treking zaczynał się na wysokości około 3400-3500 metrów (Lamayuru), a tu na wysokości około 1800 metrów (Mcleod Ganj). A to oznacza pokonanie około 2500 metrów w górę (poprzednio tylko 1500 metrów). Dlatego choć sama wysokość przełęczy Indrahar (4350m) nie robi może dużego wrażenia, to wspinaczka na nią jest wystarczająco trudna.
Widoki (szczególnie w stronę doliny Chamba) wynagradzają każdy trud. Najlepiej zobaczyć to na krótkim filmie, który tu zamieszczam (film oddaje wiele rzeczy lepiej niż zdjęcia).
Poniżej wybrany fragment poprzedniego zdjęcia panoramicznego na którym lepiej widać szczyty widoczne z przełęczy od strony doliny Chamba.
W drodze powrotnej ponownie rozbiliśmy namiot w okolicach Lahesh, choć tym razem nieco niżej. Znowu pojawili się nocni „goście”, ale tym razem wszystko co można było zawinąć skrzętnie schowaliśmy (podobnie jak wszystkie śmieci z całej trasy).
Nie spieszyło nam się ze schodzeniem do McLeod Ganj, więc kolejną noc spędziliśmy w okolicach szałasu Laka Got. W drodze do tego szałasu przez jakieś 2 godziny rozmawialiśmy z Tybetańczykiem, o którym wspomniałem wcześniej. Okazuje się, że przyjechał w ten rejon w poszukiwaniu ciszy, która potrzebna mu była przy czytaniu książek poświęconych buddyzmowi. Raz w miesiącu schodził do McLeod Ganj, gdzie odbywają się cykliczne spotkania i wykłady z duchowym przywódca Tybetańczyków – Dalaj Lamą. Trwają one 2-3 dni. W Polsce nie wyobrażam sobie , aby jakikolwiek „dziki” mieszkaniec gór miał szansę się uchować dłużej niż kilka dni. Z drugiej strony nasze góry są zbyt małe, aby szukać w nich takiej ciszy i spokoju jaki mamy w Himalajach. Dlatego choć ledwo przyjechałam z jednego wyjazdu już snuje plany dotyczące kolejnego.








